Rozmawiam

Adopcyjna Mama

Rozmowy przy kawie nr. 4
Agnieszka – adopcyjna mama

Dzień dobry.

Są takie rozmowy, które wyciskają łzy z oczu.
Takie słowa, które zapadają na zawsze w pamięci.
I takie kobiety, którym chciałoby się postawić pomnik.

Dzisiaj zapraszam Was na rozmowę z Agnieszką – adopcyjną mamą przedwcześnie urodzonych bliźniaków.
Wszyscy rodzice wcześniaków mają świadomość, ile pracy i cierpliwości trzeba włożyć w wychowanie takiej małej istotki.
Moja bohaterka poradziła sobie nie tylko z wcześniactwem bliźniaków, ale i z ich chorobą sierocą.
Chapeau bas!

Zapraszam Was do przeczytania tej wzruszającej historii.
Marta

Marta: Kiedy pojawiła się pierwsza myśl o adopcji? 

Agnieszka: Bardzo szybko. Już po pierwszych problemach z zajściem w ciążę mowa była o planie na przyszłość: czyli robimy wszystko,, aby zajść, a gdy nam się to nie uda to adoptujemy. Po roku starań zaczęły się badania. Nic nie wykryto, żadnej przyczyny. Rok kolejnych starań z pomocą lekarza i dalej nic. Kolejno 7 inseminacji i nic. Zdecydowaliśmy się na in vitro, które niestety także się nie udało. Tej metody próbowaliśmy 3 razy, bo tylko tyle miałam zarodków. W sumie leczenie trwało 6 lat, rok odpoczynku i od początku. I tak trwa do dzisiaj.

M: Agnieszko, a czy ten plan B, czyli adopcja, to była taka spontaniczna, oczywista decyzja czy może mieliście wśród znajomych rodziny adopcyjne i wiedzieliście już jak to wygląda w praktyce?

A: Dla nas ta droga była oczywista. W tamtym czasie nie znałam innych rodzin adopcyjnych, ale gdy zaczęłam mówić, że staramy się o dzieci to okazało się, że koleżanki mojej koleżanki właśnie adoptowały. Miałam okazję poznać je obie, jednak one nie były zbyt wylewne i na temat adopcji nie bardzo chciały rozmawiać. Poza tym one starały się o jedno małe dziecko, a my o dwójkę  starszych niż rok. W momencie, gdy dostaliśmy dzieci ja miałam 35 lat a mąż 37 lat, więc nie byliśmy bardzo młodzi i nieświadomi tego, co mówimy i czego chcemy.

M: Właśnie o to chciałam Ciebie zapytać Agnieszko. Nie chciałaś malutkiego dziecka, bez obciążeń pobytem w Domu Dziecka? Takiego, które od początku można ukształtować „po swojemu”.

A: Nie, nie brałam pod uwagę maleństwa.  Rozmawiałam na ten temat z mężem a on zgodził się ze mną w tej kwestii. Małe dziecko chce większość par a my właśnie nie jesteśmy jak większość. Trudno mi wyjaśnić, dlaczego tak było, ale to prawda.

M: Rozumiem to, bo myśląc o adopcji rozważam jedynie starsze dzieci. Raz, że ja już swoje urodziłam. Dwa, że doskonale zdaje sobie sprawę, że starsze dzieci praktycznie nie mają szans na adopcję. Większość par woli jednak małe, słodkie bobasy. Wy, jak wspomniałaś, nie myśleliście jak większość par i od początku zdecydowaliście, że dzieci będą nie tylko starsze, ale i że będzie ich dwoje, prawda?

A: Tak, w ośrodku adopcyjnym zgłosiliśmy, że chcemy dwoje dzieci. Stwierdziliśmy, że nie mamy czasu na jedną adopcję a za kilka lat drugą, bo byliśmy po trzydziestce.  Dwójka też lepiej się wychowuje. Byliśmy jedyną parą, która chciała od razu dwoje dzieci. Teraz wiem, że to był świetny pomysł.

M: A jak na pomysł adopcji zareagowała Wasza rodzina, przyjaciele? Wspominałaś, że mówiłaś o tym głośno wśród znajomych. Czy nie słyszeliście od nich, że to ryzykowne, że nie wiadomo, co z tych dzieci wyrośnie, bo to mogą być dzieci z patologicznych rodzin?

A: Nigdy nie spotkałam się ze złym nastawieniem, wszyscy byli za i gratulowali nam pomysłu. Raz Pani z księgowości, kiedy już miałam dzieci i składałam wniosek o urlop macierzyński, opowiedziała mi historię znajomych, co to niby chłopcy z siekierą za rodzicami adopcyjnymi biegali. Dużo czytałam na stronie dla rodziców adopcyjnych Nasz Bocian. Informacje, które tam znalazłam otworzyły mi oczy na pewne problemy, jakie mogą nas spotkać, jednak u nas było inaczej, bo zaadoptowaliśmy bliźniaki a one są inne niż rodzeństwo z różnicą lat. Po roku usłyszałam kilka lokalnych plotek, bo na wsi mieszkamy, że coś tam ludzie komentowali, ale my to zignorowaliśmy, bo nie znaliśmy najczęściej tych ludzi ani oni nas. Bezpośrednio do mnie nikt nic złego nie powiedział. Nigdy nie bałam się „złych genów”, uważamy że jak sobie wychowamy, tak będziemy mieli.

M: Agnieszko! Muszę Ci to napisać – jesteś dla mnie bohaterką. Cudowną, otwartą, mądrą osobą. Bo nie wiem czy masz tego świadomość, tego co ja wiem bardzo dobrze, że ludzie często boją się adopcji z tego względu: że te dzieci będą chore, że nie uda się ich wychować. Ty nie bałaś się ani jednego ani drugiego. Zdecydowałaś się na dzieci z grupy ryzyka niepełnosprawnością.

A: Ze mnie taka bohaterka jak z koziej du*y trąbka J Chcieliśmy rodzinę, to ją sobie skleciliśmy i mamy się dobrze. Fakt, bałam się wielu rzeczy, a jeszcze więcej się boję.

M: Czego na przykład się bałaś?

A: Najbardziej się bałam czy dam radę, bo mój mąż jeździ za granicę.  Pracuje w Niemczech i zostałam sama z dziećmi. Myślałam, że nie jestem dobrym materiałem na matkę, bo nic o dzieciach nie wiedziałam, a tu miałam sama zostać z dwójką takich maluchów. Mój mąż był ze mną tylko miesiąc a później wyjechał. Zostałam z dziećmi sama na kolejne dwa miesiące. Może nie całkiem sama, bo teście mieszkają na dole, ale całymi dniami opiekowałam się nimi sama. Noce były najgorsze, nie spałam pierwsze pół roku. Bałam się wszystkiego, od chorób poprzez dziwne zachowania dzieci związane z chorobą sierocą. Czytałam fora adopcyjne i wtedy zrozumiałam, z czym mam się zmierzyć. To mnie trochę przeraziło.

M: Dzieci miały chorobę sierocą. Opowiesz o tym więcej? Mam wrażenie, że jest to często pomijany temat w przestrzeni publicznej, niewygodny. 

A: Syn był o wiele bardziej obciążony niż córka. Nią wszyscy się zachwycali, jej urodą i miłym usposobieniem, wszyscy ją zabawiali i zwracali na nią ciągle uwagę. Bardzo ładna blondynka z niebiesko szarymi oczami, długimi rzęsami i blond lokami, uśmiechnięta i chętna do zabawy – wszyscy kochają takie dzieci. U niej choroba sieroca objawiała się skakaniem na siedząco na piętach, ale szybko u nas z tego zrezygnowała. Bardzo płakała w nocy, musiałam ją przez kilka miesięcy nosić na rękach, miała w śnie ataki szału, wyginała się i wrzeszczała. Gdzieś po roku minęło. Wracało czasami, ale odstępy czasu były coraz większe. Nie mówiła wtedy nic, więc do dziś nie wiem, co to było i dlaczego. Czasami się kiwała klęcząc, do dziś jeszcze czasami ją na tym łapie. Syn natomiast był „cięższego kalibru”. Nie był w ośrodku zbyt lubiany, bo był bardzo nerwowy. Miał ataki szału kilka razy dziennie, niespodziewanie grzmocił głową w podłogę i trzeba go było łapać. Walił z całej siły, bałam się, że się zabije. Kiedy go łapaliśmy, to wyprężał się tak, że nie byłam w stanie go bezpiecznie utrzymać, taki był silny, nie lubił dotyku. Panie w ośrodku mnie uprzedzały, że jest ciężkim przypadkiem. Córkę chciano nawet zaadoptować, ale bez brata. Zasugerowano mi, że nie jest zbyt ładnym dzieckiem. Zanim go zobaczyłam, obawiałam się przez to, że jest bardzo brzydki czy coś z nim nie tak. Ale spodobał mi się od razu, mężowi też. Nie rozumiem, o co im wszystkim chodziło, dla mnie był ładny i uroczy. Przez tą nerwowość babcia bała się z nim wyjść, bo wrzeszczał jak jakieś zranione zwierzę. To był zwierzęcy, straszny krzyk.  Kiwał się co noc, jeszcze z głosem. Przerażało mnie to, ten dźwięk, jaki wtedy wydawał. Teraz też mu się to zdarza, ale już bezgłośnie. Osoby, które go poznały na początku, bały się z nim bawić a gdy już się bawili, to robili wszystko żeby tylko nie płakał. Ja mu pozwalałam na płacz i wrzask, bo po tym był spokojny. Dziwi mnie to, że nikt nie zawiadomił policji w tamtym czasie, takie wrzaski u nas odchodziły. Zasypiał ok 1,5 godziny w dzień i drugie wieczorem. Dzieci od początku spały w swoim pokoju. Gdy je usypiałam w dzień, to jak syn usnął to wstawała córka, już wyspana. Tak długo to trwało. W czasie usypiania siedziałam na fotelu pomiędzy ich łóżkami i na początku nuciłam coś cicho a później musiałam głaskać po głowie, bo syn szybko to polubił. I tak głaskałam a on machał głową na boki lub machał nogą i walił nią jednostajnie w łóżko. Gdy go dotknęłam to przestawał. Chciałam żeby nauczył się usypiać bez tych zachowań i udało się! Dopiero po ok roku, ale się udało. Syn był taki nerwowy, bo miał olbrzymią wadę wzroku -7 i -3, więc prawie nie widział. Dużo się wyciszył jak założyliśmy mu okulary i zobaczył w końcu wszystko wyraźnie.

M: Dużo miłości, ciepła i zrozumienia potrzebowały, i myślę, że nadal potrzebują, twoje dzieci i Ty im to dawałaś. A czy miałaś wsparcie specjalistów – psychologa, wychowawców z ośrodka adopcyjnego? Czy ktoś z zewnątrz pomógł Ci zapanować nad chorobą sierocą twoich dzieci?

A: Pomagał mi czasami Panie z ośrodka, te które nas wybrały do tych konkretnych dzieci, Dzwoniły na początku i pytały jak sobie radzimy i czy mogą w czymś pomóc, omawialiśmy czasami konkretne zachowania. Czytałam dużo na tematy, które w tamtym czasie mnie interesowały. Sama nie szukałam pomocy, bo wydawało mi się, że dobrze robimy i w końcu będzie tego rezultat.

M: Agnieszko, jestem pełna podziwu dla Ciebie. Bo to musiał być ciężki czas dla Was wszystkich. Odpowiesz mi na trudne pytanie? Kiedy tak siedziałaś w tym fotelu między łóżeczkami, nie przyszło Tobie przez myśl, że być może podjęłaś złą decyzję? Że może nie było warto?

A: Nigdy nie pomyślałam, że nie było warto, że źle wybraliśmy. Często myślałam, że to ja się nie nadaję, że różnię się od zwykłych matek. Wydawało mi się, że one wszystko wiedzą i są takie spokojne a ja nic nie wiedziałam. Inni mi mówili jak mam postępować z moimi dziećmi a mi się wydawało, że to ja dobrze robię. Bałam się, że nie mam instynktu i jestem jakaś drewniana, taka za mało matczyna, za mało ciepła i taka za mało cierpliwa. Mojemu mężowi tatusiowanie przyszło naturalnie, ja musiałam się nauczyć bycia matką.

M: Ale przecież wszystkie matki, także te biologiczne, mają takie poczucie, że nie jesteśmy wystarczająco dobre, cierpliwe, spokojne itd.! Niczym się nie wyróżniałaś w tej kwestii.

A: Tak mi właśnie tłumaczyła moja siostra, która ma córkę, jedyne dziecko, z którym miałam styczność przed adopcją. Jednak wątpliwości zostały, ciężko się ich pozbyć. Teraz też są, ale  już rzadziej.

M: Wątpliwości to chyba domena matek, są naturalne. To cudowne, jak o tym opowiadasz, tak naturalnie, jak naturalna była dla Ciebie adopcja. Przyjęcie pod swój dach dzieci, które urodziły się przedwcześnie, które mogą być niepełnosprawne. Wiedziałaś, co to znaczy mieć w domu wcześniaki i to tak jak w waszym przypadku, skrajne? Czy w ośrodku adopcyjnym ostrzeżono Was, że wcześniactwo może nieść za sobą konsekwencje niepełnosprawności?

A: Nie, nic mi o niepełnosprawności nie mówiono, ale do drugiego roku życia można wykluczyć wiele chorób, więc raczej co by się nie działo to było to do ogarnięcia. Teraz, kiedy jestem bardziej świadoma pewnie bym się bała, ale wtedy bardziej zastanawiałam się czy ja fizycznie i psychicznie podołam obowiązkom. Bardzo się bałam, że coś przegapię, coś, o czym powinnam wiedzieć a nie wiem. Na bieżąco bardziej żyłam wtedy, żeby przeżyć każdy kolejny dzień i nie zwariować. Życie mojego męża zmieniło się tylko trochę, w pracy co dzień to samo a w domu stęsknione dzieci. U mnie nastąpił armagedon! W tamtym czasie chciałam tylko przetrwać kolejny dzień. Może nie brzmi to ładnie, ale tak było. Nieprzespane noce i ciągłe wrzaski dzieci, ciągle coś sprawiało, że nie rzygałam tęczą i macierzyństwem tylko bardziej walczyłam o przeżycie. To nie tak, że było cały czas źle, nie. Fajne były szybkie postępy dzieci, tak fajnie się bawiły i mówiły a najlepsze było obserwowanie jak się bawią i śmieją. Nagrywałam wtedy filmiki, często je teraz razem oglądamy i się śmiejemy. Robiłam bardzo dużo zdjęć. Piszę dla nich pamiętnik, bo nic nie mam z ich poprzedniego życia, ani zdjęć, ani rzeczy. Bardzo mało wiem o ich przeszłości.

M: A wiesz, dlaczego dzieci urodziły się przedwcześnie, w 29tc?

A: Córka zapoczątkowała poród, mimo, że urodziła się jako drugie dziecko. Wiem, że to ona pierwsza pchała się na świat. Mam niewiele informacji o nich.

M: Agnieszko, wrócę jeszcze na chwilę do choroby sierocej dzieci, ich skrajnego wcześniactwa, do wady wzroku syna. Opowiadasz o tym bez cienia złości, bez pretensji do nikogo, z pełną akceptacją. Ale ja mam jednak poczucie, że gdzieś na tej linii ośrodek adopcyjny – rodzice, ta współpraca nie była do końca ok. Chodzi mi o fakty, o których wspominasz – nic nie mówiono na temat ewentualnej niepełnosprawności dzieci, panie niby uprzedzały, że syn ‘jest ciężkim przypadkiem’, ale w sumie to i tak musiałaś sobie poradzić sama… Wiesz, chodzi mi o to, że w waszym przypadku powinno być konkretnie powiedziane: to są skrajne wcześniaki, ogrom problemów z tego wynikających może wyjść po pewnym czasie, mogą pojawić się różne deficyty w układzie nerwowym. Sama doskonale zdaje sobie sprawę, co oznacza wychowywać wcześniaka, jak wiele pracy to wymaga a Ty dostałaś dwoje skrajniaków, zostawionych przez matkę, wychowanych w domu dziecka, z chorobą sierocą – istne combo!  Ja osobiście wystawiłabym Tobie pomnik, dla mnie jesteś bohaterką!

A: Nie mówiły mi o niepełnosprawności, bo myślę, że nie wiedziały. Nigdy nie miały styczności z tak wczesnymi dziećmi, ja ani nikt z mojego grona zresztą też. A po adopcji bardziej się skupiłam na ich chorobie sierocej niż na innych bolączkach. Byliśmy oczywiście na wizytach u okulisty, kardiologa, u ortopedy, bo krzywica u syna, ale nie jeździłam jakoś specjalnie dużo, bo nic się nie dzieje. Nie mam czemu się złościć na los, Boga czy na coś innego. Mam wspaniałego męża, udane dzieci, dwa psy i kota. Po co kusić los i narzekać. Czasami psioczę na to, że nie mam czasu, mam bałagan, książki czekają na przeczytanie, że jestem zmęczona, chcę porozmawiać z kimś dorosłym. Nie czuję się bohaterką, za dużo rzeczy mnie przeraża. Ale jakoś leci, jest coraz lepiej, tak myślę.

M: Będę to powtarzać – dla mnie jesteś bohaterką J  Ile lat mają bliźniaki? Jak sytuacja wygląda teraz, po tym trudnym okresie adaptacji? Większość problemów udało się rozwiązać?

A: Z tamtych problemów zostało kiwanie czasami. Nerwowość syna, chociaż to nie są już takie wybuchy jak dawniej, ale w porównaniu z córką jest bardziej nerwowy, taki jęczący. Teraz dzieci mają 5 lat i 8 miesięcy. Nie różnią się od swoich rówieśników, są trochę mniejsze i lżejsze niż inne dzieci, takie małe i drobne, ale rosną i przybierają na wadze, dogonimy ich, nie ma innej opcji. Wada wzroku syna się cofa, kardiologicznie też dobrze, krzywica ogarnięta.

M:Agnieszko, tak już na zakończenie opowiedz mi jak wygląda sam proces adopcyjny?

A: Niewiele już z tego okresu pamiętam. Złożyliśmy papiery, później była rozmowa „co, po co i dlaczego”. Pisaliśmy testy psychologiczne, sprawdzali, czy się nadajemy. Potem szkolenie i kwalifikacja. Dzieci nie widzi się wcześniej, nie można sobie wybrać, dopiero jak dopasują dziecko do rodziców można się spotkać. Tych rozmów jest kilka, trzeba określić, czego się oczekuje, na co człowiek jest gotowy. Podobno niektórzy przyszli rodzice określają dokładnie wygląd dziecka, piszę podobno, bo my tego nie robiliśmy. To są trudne pytania, bo jak myśleliśmy z mężem o adopcji, to nie rozmawialiśmy między sobą o takich sprawach jak np. o tym jak chore może być dziecko, czy płeć jest bardzo ważna, choroby dziedziczne. My chcieliśmy dwoje dzieci w wieku od dwóch lat i więcej. Mogliśmy czekać krótko, mogliśmy czekać bardzo długo, bo par takich jak nasza nie było, więc mogli nas przetrzymać dla rodzeństwa, które dopiero mogło się zjawić w przyszłości. Całe szczęście nam się udało, nie czekaliśmy, gdyż u bliźniaków uprawomocnił się wyrok sądu, a nie było chętnych dla dwójki dzieci. Moja córka bardzo szybko dostałaby nowy dom, ale nie chcieli  syna w pakiecie (do tej pory nie rozumiem czemu).  Rozdzielić bliźnięta też nie bardzo, więc trafili do nas i nam pasowali. Byli naszym ziarnem a my ślepą kurą. Piszę dla nich wspomnienia, żeby nie zapomnieć ważnych chwil, bo będą pytać.  Tytuł pamiętnika to „Nie urodziłabym sobie lepszych”. Gdy teraz tak na to patrzę, to tak, byliśmy trochę szaleni, ale się udało. Aż się boję czasami, zastanawiać, czemu akurat nam, ale się udało.

M: Może gdzieś było to zapisane J Myślisz czasem o ich biologicznej mamie? Zastanawiasz się, dlaczego zostawiła maluchy, dlaczego podjęła taką decyzję?

A: Kiedyś myślałam, teraz już nie. Wiem, że powiedziała w sądzie, że się nie nadaje na matkę. Jestem jej wdzięczna momentami np. za to, że chodziła do lekarza na wizyty kontrolne, pilnowała tego. Albo za dopełnienie formalności, dzięki czemu dzieci mogły być szybko adoptowane, że nie zostawiła ich i nie zniknęła, tylko wszystko było prawnie załatwione. Wiem, że mają rodzeństwo, więc nie wykluczam, że w przyszłości ktoś ich będzie szukał. Czasami jestem na nią zła, że się nie poznała na takich fajnych dzieciach i zgotowała im taką traumę, ale dzięki temu ja je teraz mam. Więc zależy od dnia, czasami myślę o niej dobrze, czasami nie.

M: Agnieszko, Ty wiesz, co ja myślę na ten temat. Nie nam oceniać. To są trudne tematy… Niekiedy dramatyczne wybory. Czasem podyktowane strachem, czasem niechęcią brania odpowiedzialności za drugiego, małego człowieka. Jednak to, czego nauczyłam się przez kilka lat, kiedy miałam styczność z placówkami adopcyjnymi to to, że dzięki decyzji biologicznych rodziców, ktoś mógł zostać szczęśliwym rodzicem, tak jak Wy. A także: niekiedy same dzieci są bardziej kochane i szczęśliwe w rodzinie adopcyjnej niż biologicznej. Twoje dzieciaczki pamiętają biologiczną rodzinę? Rozmawiacie o tym, czy jest to raczej temat tabu w waszym domu? I czy pomożesz córce i synowi, kiedy być może będą chcieli odnaleźć biologiczną matkę? Boisz się tego momentu, że mogą powiedzieć: chcemy ją poznać…?

A: To nie tak, że ja jestem na nią bardzo zła, bo to ja dzięki niej mam taką fajną rodzinę. Trudno mi określić nawet co czuję, nie mogę tego jakoś logicznie nazwać. Bardzo rzadko teraz o niej myślę. Adopcja u nas w domu nie jest tematem tabu. Jestem po kilku rozmowach z dziećmi, pytają, jacy byli, gdy się poznaliśmy a nie, gdy byli mali, bo tego nie wiem. Powiedziałam im, że z tatą bardzo chcieliśmy mieć chłopca i dziewczynkę i musieliśmy szukać dzieci dla nas. I tak szukaliśmy, aż je znaleźliśmy w domu, gdzie było dużo dzieci. Że oni czekali na mamę i tatę, a my szukaliśmy właśnie takich dzieci. I gdy już ich znaleźliśmy, złapaliśmy się za ręce, przywieźliśmy do domu i od tamtej pory jesteśmy razem. Na razie wystarcza im taka bajka. Ostatnio córka pytała, co robiła u mnie w brzuchu. Powiedziałam, że ona nie była w moim brzuchu, nie spytała w czyim, tylko odpowiedziała „A, faktycznie”.  Taka poważna rozmowa, i to nie jedna, jeszcze przede mną. Często pada u nas w domu słowo „adopcja”,  dzieci są z nim oswojone, nie reagują, nie wnikają za bardzo. Najtrudniej będzie, gdy zdadzą sobie sprawę, że były oddane przez inną mamę, to będzie dla nich bolesne. Boje się trochę tego momentu, bo to jest trudne dla dorosłego a co mówić dla dziecka. Nie wiem też na dziś, jak ją nazwać, bo mama mi nie przechodzi jeszcze przez gardło. Może coś wymyślę, na razie nic mi nie pasuje, bo nie chcę jej tłumaczyć ani obrażać. Gdy przyjdzie dzień, że będą chciały jej szukać i poznać będę przy nich, ale nie chciałabym, żeby to było za wcześnie. Chciałabym, żeby były świadome i dojrzałe do tego. Na spotkanie z rodzeństwem zgodziłabym się w każdym wieku, bo rodzeństwo mają starsze, więc wierzę, że nie byłoby to jakieś obciążające bardzo. Na rodzeństwo jestem gotowa zawsze, na nią jeszcze nie. Może jestem niedobra, na pewno zazdrosna, ale jeszcze nie teraz. Gdy będą szukać to im pomogę, powiem, co wiem. Trochę się boję, ale jestem świadoma tego, co nas czeka, nie ominie nas to. Pocieszam się, że mam jeszcze kilka lat na oswojenie się z tą myślą. Z poprzedniej rodziny nie pamiętają nic, miały 1,5 roku w chwili interwencji, więc chyba były za małe. Pół roku były w domu dziecka, to jest minimum, nie da się mniej tam być. Syn nie wspomina nic z tego czasu, córka jakiś jeden incydent.

M: W rozmowie z Tobą Agnieszko najbardziej podoba mi się to, że nie lukrujesz rzeczywistości. Że opowiadasz uczciwie – o tych fajnych, dobrych uczuciach, jednocześnie nie uciekając od tych trudniejszych, jak np. zazdrość, o której wspominasz. No, ale przecież to także są emocje towarzyszące rodzicom adopcyjnym i dziękuję Tobie, że pokazujesz całe spektrum uczuć.  Takich zwyczajnych, ludzkich bardzo.

A: Fajnie było wrócić do niektórych wspomnień, dziękuję Ci.

M: Ostatnie pytanie: co powiedziałabyś od siebie osobom, którzy zastanawiają się na adopcją? Jakie masz dla nich rady?

A: Żeby przyszli rodzice byli całkowicie szczerzy podczas rozmów z psychologami, co do oczekiwań, jakie mają, bo to bardzo pomaga w doborze rodziców do dziecka. Drażni mnie też traktowanie dzieci po adopcji jak biedne sierotki. Nigdy tego nie lubiłam i nie tolerowałam, bo dzieci mają wtedy już rodziców, nie lubię fałszywej litości. Adopcji trzeba być pewnym, nie jest łatwo ani różowo, jest czasami bardzo ciężko, ale warto. Patrzę, jak śpią moje dzieci i wiem, że warte były każdej nieprzespanej nocy i każdego złego dnia. Jeżeli ktoś ma jakiekolwiek wątpliwości, to niech się nie decyduje na adopcję, bo te dzieci sobie nie zasłużyły na fałszywą nadzieję.

Share Tweet Pin It +1

Zobacz Również

Dzień dobry :)

Dodano Listopad 29, 2017

Media o nas

Dodano Grudzień 20, 2017

Poprzedni WpisMedia o nas
Następny Wpisespresso z Pauliną Malec z Szumiś Cafe