Macierzyństwo

Bajka o trzech Misiach. Albo dziennik Misiowych wydarzeń (2015r.)

Bajka o trzech Misiach. Albo dziennik Misiowych wydarzeń w 2015 roku.

• • •

maj 2015

Wszystko zaczęło się tak:
Kaaawy!!!
To pierwsza myśl, która przychodzi mi do głowy po przebudzeniu. Być może było to także moje pierwsze słowo, jednak minęło tyle lat, że nikt z pewnością już tego nie pamięta.
Zdarzają się takie chwilę w moim życiu, że usiądę i naprawdę tę kawę wypije, jeszcze ciepłą, pachnącą. Częściej jednak kawę pije w biegu, w łapczywych łykach, między zmianami pieluchy, rehabilitacją dzieci, podawaniem leków, między jednym krokiem a drugim.
Ten blog będzie jak picie kawy – nie będzie systematyczności, nie będzie długich postów, nie będzie caffe latte. Będzie espresso.
Szybkie, małe i w ciemnych barwach.
Bo jak tu znaleźć dłuższą chwilę na leniwe cappuccino, kiedy w domu kilkumiesięczny wcześniak na etapie rozwoju 2 miesięcznego maleństwa, który nie umie nawet utrzymać główki, 5 latki śpiącej na monitorze oddechu która co noc walczy o oddech i nastolatki zamiast szpilek przymierzającej kolejny sprzęt ortopedyczny.
W tej sytuacji sami rozumiecie że Matka musi być na dożylnych dawkach kofeiny 😉
Rozgośćcie się wiec i napijcie się ze mną kawy!

12 maja 2015

Nasz synek, wcześniak z 31Hbd, potrzebuje rehabilitacji ze względu na wzmożone napięcie mięśniowe i asymetrię.
Miś ma 4,5 miesiąca ale nie trzyma jeszcze sam główki, nie przekręca się na boczki, nie jest w stanie wyciągnąć raczek po interesującą go zabawkę. Dzięki świetnej Pani fizjoterapeutce, która przychodziła do nas na OIOM Miś zaczął ćwiczyć Bobath’em już w momencie, kiedy można go było wyjmować z inkubatora.
Najpierw intensywne ćwiczenia buźki, później prawidłowe podnoszenie, przewijanie, ubieranie. Każda czynność która wykonujemy przy Misiu jest także jego rehabilitacją, każda zabawa to ćwiczenie.
Dziś ćwiczyliśmy w wspaniałym miejscu! Miejscu w którym Matka odpoczywa psychicznie, gdzie pracownicy są przesympatyczni, dla każdego znajdą chwilę, pogodni, uśmiechnięci, otwarci i pomocni. Mogłabym tak w samych superlatywach pisać jeszcze długo!
I nie, nie jest to link sponsorowany 😉 Moje słowa potwierdzi prawdopodobnie każdy rodzic który przyjeżdża tam ze swoim dzieckiem. Dziękujemy Wam Instytut Terapii Funkcjonalnej Dzielny Miś

14 maja 2015

Pamiętam dokładnie ten dzień, każdą minutę.
Dokładnie, chociaż tyle lat temu.
Przez ciągnące się w nieskończoność 26tygodni na patologii ciąży wyobrażałam sobie ten dzień.
Szybki poród, ślicznego różowego bobasa pachnącego niemowlęcą oliwką. Nas razem tulące się do siebie…

Rzeczywistość jednak okazała się inna. W 35Hbd.
Zimny blat stołu, ostre światło sali operacyjnej.
Córkę, a dokładniej jej stópki, widziałam tylko przez chwilę, zanim ją zabrali. Była sina.
Pamiętam ciszę jaka zapadła.
Ból po cesarce jest niczym w porównaniu z bólem jaki ma w sercu matka, która urodziła dziecko i nie może go dotknąć, przytulić, nakarmić.
Ja na sali z matkami mającymi dzieci przy piersi – Ona za grubą szybą inkubatora.
Matki budzące się na dźwięk płaczu głodnego dziecka – mnie budził alarm w telefonie, dokładnie co 3 godziny.
Rytuał. Odciągnąć, zanieść, wyparzyć, zasnąć.
I tak dzień i noc.
Nie mogłam jej dotknąć, przewinąć, nakarmić, przytulić…
Choć minęło tyle lat to cały czas mam łzy w oczach myśląc że tego czasu nie da się cofnąć.
Czy płakała kiedy mnie nie było? Czy mogła zjeść kiedy chciała? Czy nie leżała za długo w mokrej pieluszce?
Czy czuła się równie samotna i opuszczona jak ja? …
W końcu mogłyśmy wrócić do domu. W końcu karmiłyśmy się tak jak chciałyśmy. W końcu mogłyśmy się tulić. W końcu miało być dobrze.

Złe dni do nas wracały.
Kiedy przyszła sepsa.
Kiedy stwierdzono astmę i AZS.
Kiedy dowiedziałyśmy się że ten ból nóżek to martwica kości.
Kiedy okazało się, że to spektrum.
Córeczko, w dniu Twoich urodzin życzę Ci, żebyś była szczęśliwa. I zdrowa. Bo piękna i mądra już jesteś.

15 maja 2015

To moja wina, winna jestem ja.
Niedawno brałam udział w pewnej dyskusji na grupie dla rodziców wcześniaków.
Czy czuję się winna że urodziłam wcześniaki ?
Tak, czuję…
Moje racjonalne JA mówi mi, że przecież wcześniejsze porody to nie moja wina, że to choroba, że uważałam, leżałam, brałam leki i insulinę.
Tak, to prawda. Robiłam wszystko co w mojej mocy, żeby donosić każdą ciążę.

26 tygodni z krótkimi przerwami i przepustkami na patologii, które spędziłam w ciąży z najstarszą Józią to dla młodej, szalonej dziewczyny był koszmar! Cukrzyca, nadciśnienie, chora tarczyca, krwawienia i ciągłe skurcze – moje ciało nie chciało współpracować.
Ale udało się, córka żyje, dotrwałyśmy razem do 35Hbd.
Czy mogłam zrobić coś więcej?
Może mogłam bardziej uważać, bardziej pilnować diety?
Józia pomimo 35Hbd miała trudności z oddychaniem, spędziła sporo czasu w inkubatorze. Nie miałyśmy szans się przywitać.

Kolejna ciąża była przemyślana i zaplanowana. Oczywiście z góry monitorowana, od początku na podtrzymaniu. Miałam najlepszych lekarzy. Było dobrze. Zero skurczy, leżałam w domu. Cukrzyca, tarczyca i nadciśnienie dawały znać o sobie ale nie działo się nic strasznego w porównaniu z poprzednią ciążą.
Aż do pewnego kwietniowego wtorku, kiedy podczas rutynowego, co dwutygodniowego USG okazało się, że dziecko jest tak duże, że szew na macicy po poprzedniej cesarce zaczyna pękać.
Momentalnie byłam na stole, cieli mnie w pełnym mejkapie (ahh, że nie mam zdjęć z tego porodu)
35Hbd. Tym razem Majeranka była silniejsza, oddychała sama, szybko wyszła z OIOMu, naświetlałyśmy się już na normalnej sali noworodkowej.
I tu powinnam zakończyć szczęśliwie tę historię.
Wiem jak ciężkie są moje ciąże, wiem że ryzyko jest zbyt duże. Przecież już raz macica pękła, dzieci z makrosomią. Nie wolno mi zajść w kolejną ciążę, są zrosty, blizna cienka…

A jednak rodzi się mój syn.
W 31Hbd. Nie oddycha, pomimo że dwa razy na patologii ciąży dostaję serię sterydów na rozwój jego płuc.
Z sali operacyjnej pamiętam jak go reanimowali, podłączali pod respirator.
Czy to moja wina, że macica tym razem zaczęła pękać już w połowie ciąży? Czy to moja wina, że od 28tc leżałam z 3cm dziurą w macicy a lekarze robili co w ich mocy, żeby wydłużyć czas jaki syn spędzi w moim brzuchu?
Tak, obwiniam się!
O to, że egoistycznie pragnęłam kolejnego dziecka, że zdecydowałam się na te ciążę.
Nie, nie olewałam lekarzy, brałam ogromne dawki insuliny i leków na tarczycę, żeby tylko zatrzymać makrosomię syna. Nie udało się.

Czuję się winna, ze moje dzieci przyszły na świat i tak brutalnie rozpoczęły swoje życie.
Że mój brzuch nie był dla nich bezpiecznym miejscem, że dojrzewały w inkubatorach.
Że irracjonalnie myślałam, że tym razem się uda. Nie miało prawa się udać, tylko ja odrzuciłam te myśli!
Czuję się winna, że nie mogły się do mnie tulić, że leżały za szybą same, że kwiliły a ja nie mogłam ukoić ich płaczu. Że zamiast ciepłych maminych rąk dotykały ich rurki, respirator, wąsy z tlenem. Zamiast mleka z piersi była sonda i butelka.
Tak, wiem, nie powinnam tak myśleć.
Ale nie potrafię. Nie umiem się pogodzić.
Dobrze, zastosowała się do zaleceń – wyrzuciłam to z siebie. Ale czy czuję się teraz lepiej…?

19 maja 2015

5 miesięcy Misia – korygowane 3 miesiące.
Uff,  to był pracowity dzień.
Najpierw neurolog małego Misia, później rehabilitacja dwójki w Instytucie Terapii Funkcjonalnej ‚Dzielny Miś’​.
Nasz Miś rozwija się super! Mamy zaledwie dwa miesiące opóźnienia psychoruchowego! Czyli jest na poziomie ok 3 miesięcznego dziecka.
Cudowna wiadomość 🙂
Niestety dalej walczymy z zaburzeniami napięcia mięśniowego, z nietrzymaniem główki i z jego okropnym wyginaniem się do tyłu. Musimy pracować także nad wyciąganiem rączek i chwytaniem przedmiotów, z przykurczami rączek. Na próby obracania się na boczki przyjdzie jeszcze czas 😉
Dodatkowo dostaliśmy skierowanie na EEG.
Miś miał już dwa duże ataki. Dostał drgawek, wygiął się do tyłu, oczka w górę… Przerażający widok! Nie życzę żadnemu rodzicowi oglądania dziecka w takim stanie.
Więc czekają nas teraz badania. Prawdopodobnie położą Misia do szpitala. Trzeba wykluczyć epilepsję. Miejmy nadzieję, że to tylko niedojrzały układ nerwowy.

20 maja 2015

Ośrodek Dziennej Rehabilitacji.
”Zlecam 3 razy w tygodniu”
”3 razy w tygodniu?!”
”A czemu się pani dziwi? Później zdziwione, że dzieci nie siedzą, nie chodzą.”

Miś dostał się na NFZ do Ośrodka Dziennej Rehabilitacji przy Stowarzyszeniu Rodziców Dzieci Niepełnosprawnych. Dziś mieliśmy wizytę z Panią neurolog z tamtejszej placówki. Po wczorajszej wizycie u naszej neurolog prowadzącej Misia myślałam, że dzisiejsze spotkanie to tylko formalność…
Totalnie zestresowany liczbą dzieci w Ośrodku, Miś pokazał cały asortyment swoich zaburzeń: znaczną asymetrię, wyginał się niesamowicie do tyłu, płakał nerwowo. I tym sposobem dostaliśmy maksymalną liczbę godzin w tygodniu, które refunduje NFZ. Będą masaże, i kąpiele i ćwiczenia.
I czego babo narzekasz powiecie? Powinnaś się cieszyć powiecie!
Tak, ale…
Uświadomiło mi to, że jeżeli pomimo niewielkiego opóźnienia w rozwoju dostajemy od NFZu maksymalną liczbę godzin na rehabilitację, to znaczy, że czeka nas jeszcze ogrom pracy nad usprawnieniem naszego dziecka! Neurolog słowami „Później zdziwione, że dzieci nie siedzą, nie chodzą” uzmysłowiła mi, że nasz Miś rzeczywiście może nigdy nie osiągnąć sprawności jak jego rówieśnicy. Że jego porażenie mózgowe może być większe, niż mi się do tej pory wydawało.
Od poniedziałku zaczynamy.
Codzienna rehabilitacja w Ośrodku i w Dzielnym Misiu + 4 razy ćwiczenia w domu ze mną oraz masaż Shantala. I jest to historia do opisania na osobny post pt. Dlaczego Matka ma coraz mniej znajomych?

21 maja 2015

Oczko mu się odlepiło. Temu Misiu.
Miś ma chore oczko. Oczko łzawi. Oczko ropieje. Oczko wcześniacze. Oczko specjalne troski.

Centrum Zdrowia Dziecka:
”Dzień dobry. Chciałem zapisać wcześniaka na wizytę do dr. S.”
”Proszę Pana, w tym roku nie ma już zapisów do Pani doktor. W przyszłym roku dopiero.”
Aha…
Trudno, trzeba znowu iść prywatnie.

Babka Medika:
”Dzień dobry. Chciałem zapisać wcześniaka na wizytę do dr. S.”
”Proszę Pana, mogę zapisać na kwiecień.”
”Ale przecież kwiecień to już był…”
”Kwiecień 2016”

Mamy maj 2015…
Kurtyna.

28 maja 2015

Rzecz o Matce.
Matka zdrowa być musi. Niezaprzeczalnie!
Chora Matka to niepojechanie na rehabilitacje, to niewykonane ćwiczenia.
Niestety, czasem i Matka zaniemoże.
Ale zaniemoże dopiero, kiedy już słania się na nogach…
Bo tak to może, oj ile ona może!
Może biegać po mieście z gorączką 38’C od zapalenia piersi, bo przecież nie ma czasu iść do poradni laktacyjnej żeby to obejrzeli.
Może żyć kleikiem ryżowym byle tylko nie obudzić kamieni w woreczku, bo przecież nie ma czasu się zajmować takimi pierdołami.
Można też moi Drodzy nie zauważyć że ma się anginę i ostre zapalenie krtani, bo przecież jakoś ten kleik jednak dało się zjeść.
Aż Matka pada.
Z taką gorączką i osłabieniem, że nie może wstać.
Całe szczęście jest fantastyczny Ojciec, który weźmie wszystko na bary i nawet zupkę Matce ugotuje.
Ale czy o to chodzi?
Kolejny raz obiecuję sobie że ogarnę także sprawy wokół siebie.
Bo przecież jeżeli Matka nie ma sił funkcjonować to i reszty nie dopilnuje.
I tak obiecuję sobie. Do następnego razu…
Obiecywałam, gdy przechodziłam stan przedzawałowy, obiecywałam że pójdę na rehabilitację kręgosłupa, ale noszenie dziecka w chuście pomogło.
Obiecywałam, gdy godzinami stałam przy inkubatorze z zakrzepicą żył po cc myśląc, że to tylko skurcz mnie złapał. Nawet sobie magnez piłam.
Ba! Obiecywałam, nawet po wycięciu stwora kiedy wyszłam szybciutko ze szpitala bo ‚Ja mam dzieci w domu”
Wszystko ‚zaraz’, wszystko ‚później’…
Dziś Matka została w domu, odwołała wizyty, rehabilitacje.
Grzecznie łyka antybiotyk.
I obiecuję sobie, że ogarnę także sprawy wokół siebie.
Bo przecież jeżeli Matka nie ma sił funkcjonować to i reszty nie dopilnuje.
I tak obiecuję sobie!
Obiecuje!

29 maja 2015

„To nie matka jest gorsza – to mleko jest gorsze ” rzekła Ona
Dobiega końca tegoroczny Tydzień Promocji Karmienia Piersią.
Opowiem Wam moją historię. W telegraficznym skrócie, bez sentymentalnych opisów tym razem.
Kto zna Matkę ten wie, że Matka terrorystką laktacyjną jest. Koniec kropka.
Parę dni temu zastanawiałam się z Ojcem skąd mi to przyszło?
Jak to się stało, że od zawsze wiedziałam, że chcę karmić naturalnie, że to najlepsze mleko dla moich dzieci?
I w końcu skąd czerpałam wiedzę, kiedy nie było jeszcze Hafija.pl 😉

Rodząc swoje pierwsze dziecko było dla mnie oczywiste, że wykarmię je swoją piersią i że będzie to długa przygoda. Po prostu. Instynkt może?
Czy się udało? Oszem, ponad 3 lata
Ale droga była trudna i przy dźwięku elektrycznego laktatora.
Rodząc Józię przez cc zobaczyłam ją dopiero wiele godzin po operacji. Później inkubator i co trzy godziny ściąganie mleka. W dzień i w noc. Minęło sporo czasu zanim mogłam ją przystawić do piersi.
Oczywiście nie obyło się bez problemów, ale raz przyssana została tak w moich ramionach przez żłobek, aż do pójścia do przedszkola.  Pracowałam w dzień a karmiłyśmy się porankami i wieczorami.
Młodsza Majeranka miała ułatwione zadanie, bo Matka już wiedziała o co w tym całym ‚poprawnym przystawianiu’ chodzi. Jednak i tu pojawiły się łzy, nawał pokarmu i komentarz szpitalnej doradczyni laktacyjnej ”Takich dzieci się nie karmi! I to jeszcze po cesarce?”. Na szczęście Ojciec wspierał, ponownie laktator poszedł w ruch, kilka dni ściągania kiedy Majeranka leżała w inkubatorze i szczęśliwe wiszenie na maminym cycu do 2,5 roku, bo dłuższej współpracy sama odmówiła.
KaźMiś. Tak, z misiem zdecydowanie było najgorzej. Przerobiłam łapanie pierwszych kropelek siary do strzykawki, żeby tylko zanieść mu cokolwiek na OIOM, przerobiłam absolutny ‚zanik mleka’ ze stresu, oczywiście przerobiłam kolejne odciąganie laktatorem co trzy godziny, przerobiłam słowa położnej że „nie każda może być dojną krową”… Ba! Przerobiłam także zakaz, naprawdę ZAKAZ przystawiania syna do piersi na intensywnej terapii i po wyjściu ze szpitala. Zakaz złamałam po tygodniu pobytu w domu, wspierana przez naszą cudowną panią pediatrę która dała nam zielone światło do tulenia się do cyca. Miś ma dziś 5,5 miesiąca i karmimy się dalej.
Mnie się udało – wiem, nie każdej mamie się uda.
Ale walczyć o laktację trzeba!
Przynajmniej trzeba spróbować.
Dla wcześniaków mleko mamy nie jest jedynie pożywieniem, to LEK dla tych maluchów!

30 maja 2015

Moje dzieci w internetach.
Kiedy zaczęłam prowadzić tego bloga, nie rozważałam pokazywania twarzy dzieci.
Nie mam jakiejś paranoi jednak uważam że wrzucanie do internetu np. rozebranych zdjęć dzieciaków jest nieodpowiedzialne.
Jednak…
W miarę prowadzenia fp na Facebook’u chciałam pokazać Wam nasze życie. Życie z trójką chorych dzieci. Momenty złe ale i te dobre, zwyczajne. A to trudne, kiedy ukrywa się cały czas ich buzie.
Dochodzi jeszcze kwestia wizerunku dzieci wykorzystanego w Fundacji, która pozwala nam zbierać pieniądze na ich rehabilitację. Kasa misiu, kasa. Pokazuję twarze, bo tylko w ten sposób jestem w stanie zebrać środki na ich leczenie.
I dziś właśnie pewna mama na pewnym blogu pewnych wcześniaków poruszyła te drażliwą kwestię, o której rozmyślam od paru dni.
Mama Drużyny A, bo o nich mowa, jest mi bardzo bliską osoba chociaż nie znamy się osobiście.
Bliską, bo wiem że rozumie moje problemy! Bo przechodzi przez to samo – nieustanną rehabilitację dzieci, walkę z absurdami NFZ, chwile szczęścia z postępów naszych dzieci.

1 czerwca 2015

Dziś pierwszy raz byliśmy na rehabilitacji w Ośrodku Dziennej Rehabilitacji przy Stowarzyszeniu Rodziców Dzieci Niepełnosprawnych. Mały Dejna ciężko to zniósł :/
No cóż, nie jest to jego ukochana ciocia Ala z Dzielnego Misia.
Trochę przeraża mnie myśl, że będziemy tam jeździć 3x w tygodniu i za każdym razem będzie w innych rękach. Zobaczymy w jaką to wszystko pójdzie stronę…
Także w tym tygodniu byliśmy z Misiem na usg brzuszka – refluks potwierdzony badaniami :/
Czeka nas więc przebywanie pod opieką kolejnej poradni. Kolejne wizyty, leki, stres dla dziecka.
PS. szukam promocji na śliniaki 😉 Gdyby ktoś coś gdzieś to dajcie znać, bo przecież nie mogę co chwilę zmieniać mu bodziaka!

Jutro z kolei czeka nas następny ciężki dzień. Jedziemy na rehabilitację z dwójką a dopiero o 20:30 mamy wizytę u pani okulistki. Dzieci mi popadają jak muchy w tym samochodzie!
Ale co zrobić ? Misiowe oczko trzeba koleiny raz zbadać, bo prawdopodobnie znowu zatkał mu się kanalik łzowy. Ma tę przypadłość od urodzenia, dokładnie z te samej strony, co zbierająca się wydzielina w jego nosku, uszku.
Więc znowu robię mu masaż przy oczku i mam nadzieję, że nie skierują nas na udrażnianie tego kanalika. Podobno dzieci drą się wtedy nie z bólu a dlatego, że są unieruchomione, ale ja mam troszkę inne spojrzenie na tę sprawę…
Naprawdę, jak ja bym chciała oszczędzić tego wszystkiego tym moim Misiom. Jakoś im ulżyć. I nie mogę. Bezsilność jest najgorsza dla Matki.

3 czerwca 2015

Oczko temu misiu. Epilog.
Wczoraj o 22:00 wyszliśmy od Misiowej pani okulistki.
Wyczekaliśmy się okrutnie przez te kilka godzin, ale naprawdę było warto! Dr Seroczyńska jest cudowną, ciepłą kobietą! Ma genialne podejście do dzieci. No i wiemy dokładnie, co z tym oczkiem jest.
Otóż okazało się, że prawe Misiowe oczko nie załapało jeszcze że Miś już się urodził.
Dokładniej, mamy zapchany kanalik łzowy (co już udrażniałam, bo ma tak od urodzenia) oraz to co powinno pęknąć od razu po porodzie, czyli przewód nosowo-łzowy, nie otworzył się Misiowi po urodzeniu.
I mamy problem.
Na razie będę próbowała, aby ta błonka w przewodzie nosowo-łzowym pękła przez masaże które mam robić. Mam nadzieję że to pomoże. Jeżeli nie, czeka nas zabieg sondowania co jest często strasznym doświadczeniem dla malucha i rodzica.
Wiem że trochę zawiło to opisałam, ale mam dla Was linka, który bardziej to wyjaśni :
http://okulistyka.mp.pl/chorobyoczu/chorobypowiekiukladulzowego/74003,zapalenie-woreczka-lzowego

5 czerwca 2017

Postanowiłam, że powstanie ten wpis, pomimo tego, że niektóre osoby mogą odebrać mnie jako zawistną osobę.
Tak, jestem zazdrosna!
Przyznaję to. Niestety.
Zazdrość przychodzi na przykład wtedy, kiedy jesteśmy w ‚normalnej’ przychodni.
Kiedy widzę dzieciaki w wieku mojego Misia, które siedzą na kolanach rodziców, które bawią się zabawkami obracając je w rączkach.
A moje dziecko dopiero trzy tygodnie temu zaczęło próbować wyciągać rączki do zabawek.
Zazdrość przychodzi, kiedy te dzieci trzymane są na rękach lub sadzane na biodrze.
A moje dziecko leży…
Na równi z matkami maluszków muszę przytrzymywać mu główkę żeby nie opadła.
I ten wzrok i zdziwienie w oczach innych matek.
Dlaczego ten dzieciak w rozmiarze 86 tylko leży?
Co jest z nim nie tak?

Tak, zazdroszczę.
Zazdroszczę matkom które mają zdrowe dzieci.
Zazdroszczę, bo ja nie wiem czy mój syn kiedykolwiek będzie sam siedział, chodził.
Zazdroszczę, bo nie wiem czy moja córka nie spędzi reszty życia na wózku inwalidzkim.
Zazdroszczę, bo nie wiem czy operacja drugiej córki się powiedzie i przyniesie poprawę.
I myśl, co powiem dzieciakom kiedy dorosną i zapytają dlaczego są chore…
Smutna prawda jest też taka, że zdecydowanie lepiej czuję się w przychodniach specjalistycznych, gdzie moje dzieci są jednymi z wielu.
W ośrodkach rehabilitacyjnych, gdzie są inne dzieci z niepełnosprawnością ruchową i nikt na nas nie patrzy ze zdziwieniem.
Ba! Złapałam się na tym, że wolę rozmawiać z rodzicami dziećmi niepełnosprawnych, bo nie muszę im niczego tłumaczyć, posługujemy się ‚naszym językiem’ i zwrotami, których inni rodzice po prostu nie znają.
Tak to na dziś wszystko czuję.
Ale pamiętajcie, to zazdrość że macie zdrowe dzieci a nie zawiść że Wam się udało a mnie nie.
Zazdroszczę NORMALNOŚCI, że możecie iść z dziećmi na spacer. Tak po prostu.
Że możecie patrzeć jak Wasze dzieci wchodzą w kolejne fazy rozwoju. Tak jak natura to wymyśliła.
Zazdroszczę i trzymam mocno zaciśnięte kciuki, aby Wasze dzieciaczki były zawsze zdrowe i radosne!
Zdrowie musi być, reszta jakoś się ułoży.

13 czerwca 2015

W ten piątek uczestniczyłam w rewelacyjnie prowadzonym kursie pt. „Pielęgnacja neurorozwojowa i rozwój dziecka w 1 r.ż z uwzględnieniem zaburzeń napięcia mięśniowego”
Poruszaliśmy takie zagadnienia jak przebieg rozwoju dziecka w zależności od wielkości i rozkładu napięcia mięśniowego :
1. Rozwój przy wzmożonym napięciu mięśniowym
2. Rozwój przy obniżonym napięciu mięśniowym
3. Rozwój dziecka z asymetrią
4. Rozwój dziecka z nierównomiernym rozkładem napięcia mięśniowego, tzn. obniżonym centralnie i wzmożonym obwodowo

Dodatkowo krótka dyskusja o chustonoszeniu, integracji sensorycznej i dużo ćwiczeń z pielęgnacji maluszków już od pierwszych dni życia.
Agnieszka nie dość, że sprzedała nam dawkę ogromnej praktycznej wiedzy pomocnej przy pracy z dziećmi ale i przeprowadziła świetnie zorganizowane ćwiczenia praktyczne.
Takie warsztaty poleciłabym pediatrom ale także położnym i pielęgniarkom, aby mogły udzielać instruktarzu pielęgnacji świeżo upieczonym rodzicom. Zresztą wszystkie osoby pracujące z dziećmi powinny znać podstawy zagadnień poruszanych na kursie, aby były w stanie jak najszybciej wychwycić ewentualne zaburzenia napięcia mięśniowego u swoich podopiecznych i w takiej sytuacji mogli zasugerować wizytę u specjalisty. Ja jako instruktor masażu Shantala i mama dzieci z zaburzonym napięciem mięśniowym wiem, że dla późniejszej sprawności dziecka kluczowe jest szybkie rozpoznanie problemu i rozpoczęcie rehabilitacji. Naprawdę, u dzieci z grupy ryzyka nie warto odkładać na później chociażby konsultacji z fizjoterapeutą.

16 czerwca 2015

„Bo chodzi o to by od siebie nie upaść za daleko…”
A upaść jest łatwo. Niestety.
Wszystko w biegu, ta zimna kawa…
W pędzie za kasą na kolejne rehabilitację i prywatne wizyty. W oczekiwaniu na efekty ćwiczeń i w radości kiedy jest lepiej.
Sinusoida emocji może spowodować bolesny upadek. I śmierć. Śmierć związku dwóch kochających się osób.
Dlatego tak ważne są te wyrwane chwile na wspólną rozmowę, te rytuały kiedy On robi tobie kawę w nadziei, że zdążysz ją wypić ciepłą zanim obudzi się najmłodszy członek rodziny.
Bo w rodzinie z niepełnosprawnymi czy chorymi dziećmi tak szczególnie ważne jest żeby pamiętać, że miłość to nie pluszowy miś ani kwiaty. To też nie diabeł rogaty. Ani miłość kiedy jedno płacze a drugie po nim skacze. Bo miłość to żaden film w żadnym kinie ani róże ani całusy małe duże. Ale miłość kiedy jedno spada w dół drugie ciągnie je ku górze.
Życzę tego Wam i Nam.

18 czerwca 2015

Stoisz na krawędzi.
Wystarczy jeden krok.
i spłyń delikatnie jak jedwabna chusteczka na potwornie wyzywającą czerń asfaltu.
Albo zatrzymaj się i żyj.
Spójrz, my wszyscy wyciągamy do CIEBIE nasze dłonie.
Wystarczy że je chwycisz.
Układ zerojedynkowy.
Zostajesz z nami albo odchodzisz z Nią …

Zostań.
Spróbuj ten ostatni raz.

22 czerwca 2015

Dziś z małym Misiem byliśmy na badaniu EEG. Samo badanie nie trwało długo i nie było jakoś szczególnie problematyczne, ale dowiezienie Misia na nie było już wyzwaniem.

Przygotowanie.
Dziecko musi przyjechać na nie na tyle senne, aby zasnęło podczas samego badania (u tak małych dzieci badanie robi się podczas snu) Hmmm… Sprawienie, żeby nasz niemowlak nie zasnął podczas godzinnej podróży samochodem to wyższa szkoła jazdy. Ale udało się.

Badanie.
Już na miejscu wypełniliśmy potrzebne papierzyska, poznaliśmy dwie panie lekarki oraz panią technik EEG, które były obecne przy badaniu. W pokoju lekarka sprawnie założyła Misiowi na głowę czepek z elektrodami, podłączyła kabelki, a że synek był śpiący i głodny zdążyłam jedynie przystawić go do piersi i od razu zasnął.
O samym badaniu niewiele Wam napiszę, bo szczerze powiedziawszy nie znam się na tym zupełnie. Wiem jedynie tyle, ze zleca się je przede wszystkim w diagnostyce padaczki, ale także w diagnozowaniu zaburzeń świadomości z innych przyczyn, a u starszych dzieci i u dorosłych w przypadkach problemów z uwagą, pamięcią, snem czy w zaburzeniach emocjonalnych. U dzieci wskazaniem do badania są również zaburzenia neurorozwojowe m.in opóźniony rozwój mowy, spektrum autyzmu.
W przypadku Misia wskazaniem były dwa ataki drgawek, co wyglądało naprawdę strasznie! Do tego od dawna ma drżenie nóżek i rączek co jest trochę niepokojące.
Najgorszym momentem badania dla mnie samej było zastosowanie fotostymulacji czyli działania błysków świetlnych o różnej częstotliwości . Piszę ‚dla mnie’ bo u Misia widoczną reakcją było drżenie nóżki a mi zrobiło się niedobrze i zaczęło mi się kręcić w głowie. Matka zniosła stroboskop gorzej niż dziecko 😉 Ha! I chyba właśnie dlatego nigdy nie lubiłam dyskotek.
Po skończonym badaniu, które trwało kilka minut, panie zdjęły czepek z główki, wytarły żel którym pokryte były elektrody i pozwoliły nam zostać w pokoju aż Miś się wyśpi.

Wynik.
Z tego co wyczytałam, wynik EEG otrzymuje się od razu, jednak w naszym przypadku musimy czekać ponad miesiąc! Panie nie chciały nam nic powiedzieć. Wiemy tyle, że lekarka musi coś teraz przeliczyć, opisać a następnie wynik jest wysyłany do naszego neurologa, który zlecił badanie. A że wizytę u niego mamy zaplanowaną na 28 lipca nie pozostaje nam teraz nic innego tylko czekać.
Moi Drodzy, trzymajcie więc kciuki za dobry wynik badania naszego małego Misia.

23 czerwca 2015

12 groszy Taty Kazika: Dzień Ojca
Dzisiaj Dzień Ojca.
Jakże piękne święto, które jest i moim świętem.
W przeszłości nie spodziewałem się, że będzie mi dane obchodzi je w roli Ojca. Obchodzę je dzięki trzem Skarbom. Czasami zastanawiam się jaka jest obecnie rola Ojca. I trudno jest mi ją określić. Wszystko jest obecnie wymieszane, Tata może zajmować się wszystkim tym co Mama i odwrotnie. Ale jedno co wiem z własnego doświadczenia to to, że Mama nie zastąpi Taty a Tata nie zastąpi Mamy. Oboje są równie ważni w rozwoju dziecka.
I cudownie jest słyszeć z ust dziecka Kocham Cię lub przytul Mnie. Malutki jeszcze nie mówi, ale na mój widok niesamowicie cieszy się, On tak wyraża swoje uczucia.
Czy jestem dobrym Tatą?
Na tak postawione pytanie nie potrafię jednoznacznie odpowiedzieć, bo po prostu nie wiem, staram się, ale zdaję sobie doskonale sprawę, że idealny nie jestem. Popełniam błędy jak każdy i cała sztuka polega na tym, aby było ich jak najmniej. W sumie to na to pytanie najlepiej będą potrafiły odpowiedzieć moje dzieci i to za parę lat.
Panowie pamiętajmy o tym, że Tatą nie jest się tylko w ten jeden dzień, ale i w pozostałe dni, przede wszystkim w pozostałe…
Tata Kazika

25 czerwca 2015

Spotkałyśmy się w jednej z warszawskich dzieciokawiarni MaMa Cafe prowadzonej przez Fundację MaMa.
Cztery kobiety.
Katarzyna pedagog i opiekunka dziecięca, Joanna członek zarządu Fundacji MY Pacjenci, Jagoda mama przewlekle chorego dziecka i Ja.
Spotkanie miało tytuł „Mama w domu pacjenta” czyli jak funkcjonować z dzieckiem przewlekle chorym.
Fajne miejsce, mega energia miedzy nami i wymiana doświadczeń oraz pomysłów.
Wcześniactwo, choroby rzadkie, przewlekłe, niepełnosprawność, standardy w opiece – o tym  dyskutowałyśmy dobre dwie godziny.
Co wyniknie z naszego środowego spotkania?
Tego dowiedzą się Państwo w kolejnym odcinku… 😉

30 czerwca 2015

12 groszy Taty Kazika: On the Run.
Jednak ludzka bezinteresowna chęć niesienia pomocy innym nadal istnieje.
W Dniu Ojca został zorganizowany charytatywny bieg nocny On the Run, na którym zebrano pieniądze na leczenie naszego synka Kazika.
Ja musiałem przebiec trasę biegu czyli 5 kilometrów. Przebiegłem, przeczłapałem, ale udało się! Nie ważne jest w jakim czasie, to nie istotne, liczy się tylko to, że zrobiłem to, zrobiłem to dla Mojego Synka. Udało się pomimo, że nienawidzę biegać, kondycję mam kiepską i ostatni raz dystans powyżej jednego kilometra przebiegłem w podstawówce! Jednak rodzic dla dziecka zrobi wszystko!
Ale… w tej sprawie jest jeszcze drugi aspekt.
Momentalnie zebrała się grupa osób, która zorganizowała całą akcję, aby bezinteresownie nieść pomoc potrzebującemu małemu człowiekowi.
Wszyscy, którzy zostali dotknięci przez los niech pamiętają, że nie wolno tracić nadziei, gdyż można otrzymać pomoc w najmniej oczekiwanym momencie. Pamiętajmy również o tym, że warto pomagać i być dobrym, życzliwym wobec innych, bo wcześniej czy później to do Nas wróci. Sami się o tym przekonaliśmy.
P.S. Bardzo, bardzo wszystkim dziękujemy za okazaną wszelką pomoc, zarówno w imieniu swoim jak i Kazika. Dzięki!
Tata Kazika

1 lipca 2015

Melancholia.
Macierzyństwo idealne.
Przygotowywałaś się do tego dnia równe 9 miesięcy. Rano poczułaś delikatne skurcze, zdążyłaś wziąć prysznic i umyć włosy. Mąż zawiózł Cię na porodówkę, gdzie w ciągu trzech godzin urodziłaś ślicznego, różowiutkiego 3,5 kilogramowego bobasa. Trzeciego dnia po porodzie wróciliście do waszego wspólnego domu. Kochający mąż dzielnie pomaga Ci w opiece nad dzieckiem. Przepełnia Cię miłość i duma z bycia matką.

……….
……….
……….

Obraz idealny, prawda ?

A co jeżeli zaczęłaś nagle rodzić na początku 7 m-ca ciąży?
Co jeżeli ciąża przebiegała idealnie lecz podczas porodu ‚coś’ poszło nie tak i twoje dziecko w wyniku niedotlenienia doznało uszkodzenia mózgu?
Co jeżeli jesteś nastolatką i ciąża była dla ciebie absolutnym szokiem?
W końcu, co jeżeli planowałaś mieć dużą rodzinę, lecz on okazał się świnią i zamienił ciebie na młodszy model a ty zostałaś sama z dzieckiem?

Depresja poporodowa nie jest wymysłem kobiet siedzących w domu, które wymyślają sobie z nudów problemy lub są na tyle leniwe, że pewnego dnia postanawiają nie wychodzić z łóżka całymi dniami.
To choroba, która potrafi doprowadzić do tragedii…

Wyobraź to sobie…
Wyobraź sobie, że urodziłaś to dziecko dużo za wcześnie. Przez szybę inkubatora patrzysz na kogoś, kto mieści się niekiedy na dłoni. Nie, nie jest to miniaturka donoszonego noworodka. Jego skóra jest przeźroczysta, widać przepływającą krew, nie ma uszu a jedynie zwisające płatki skóry, ba! czasem nie ma nawet pośladków, jego oczy są jeszcze zrośnięte. Mały kosmita. Ledwo widać go zza kabelków, strzykawek, bandaży i wielu urządzeń. Nie jest to twój wymarzony różowiutki bobas.
Pryska pierwsza bańka.

Czekasz na wieści o jego stanie zdrowia, widzisz jak jego buzia zaczyna puchnąć do makabrycznych rozmiarów od bardzo długiej mechanicznej wentylacji respiratorem. Od podawanych leków z mikroskopijnych usteczek wydobywa się gęsta piana.
Bach! Pęka bańka druga.

Jest lepiej – jest gorzej.
Jest źle – jest dobrze.
Jest stan stabilny – jest stan krytyczny.
Sinusoida emocji. Nadzieja miesza się z przerażeniem. Jeżeli masz dużo szczęścia koczujesz pod inkubatorem przez cały dzień, z przerwami na co 3 godzinne ściąganie mleka. Jeżeli masz pecha możesz przyjechać do szpitala na 2-3 godziny dziennie. Jesteś zmęczona, przerażona, rozgoryczona i bezsilna.
Bańka trzecia pękła.

Stan dziecka się poprawia. Przychodzi ten moment, kiedy możesz zabrać je do domu. Szczęście. I przerażenie. Bez aparatury monitorującej każdy oddech, bez pielęgniarek, które w razie kryzysu będą wiedziały jak zareagować? Matko, jak dasz radę?! A w domu wszystko przygotowane od wielu miesięcy, bo przecież niektóre dzieci spędzają w szpitalu 2, 4, 6 i więcej miesięcy. Tak, zabierasz do domu swoje dziecko, które urodziłaś przecież już tyle czasu temu, przyjeżdżałaś do niego, zmieniałaś mu czasem pieluchy, karmiłaś butelką. Więc dlaczego czujesz się jakbyś dopiero je poznawała? Wasze dziecko w waszym domu a masz wrażenie jakbyś go nie znała…
Bańka czwarta – trach!

Czujesz się już pewniej. Nauczyłaś się kiedy twoje dziecko je, kiedy trzeba je przewinąć. Być może nauczyłaś się także obsługiwać kondensator tlenu lub podawać leki. Dlaczego do cholery to dziecko nie siada, nie patrzy na mnie… Kolejne wizyty u specjalistów, kolejne godziny rehabilitacji, kolejne porcje strachu o jego zdrowie. Nie ma czasu na długą kąpiel, nie ma kasy na nową fryzurę, nie ma siły by wieczorem przytulić się do ukochanego męża.
Pęka kolejna bańka.

Coś pęka w Tobie.
Już nie masz sił udawać, że świetnie sobie dajesz radę, już nie masz sił wstać z łózka, już nie masz sił jeść, w końcu nie masz już nawet sił płakać. Chcesz zniknąć. Zostaniesz tu pod kołdrą, na zawsze. W tym barłogu nie zmienianym od dawna. Obojętne. Byle tylko wszyscy dali ci święty spokój… To wersja optymistyczna.
W wersji pesymistycznej bierzesz garść leków i popijasz je wyciągniętą z barku wódką.
Zdarza się czasem także wersja tragicznie pesymistyczna, kiedy eksplodujesz i twoje dziecko ‚wysuwa się z kocyka’ lub ‚wypada przez okno’…

Mów!
Jeżeli czujesz, że bańki po kolei zaczynają pękać, jeżeli czujesz że w Tobie także zaraz coś pęknie – szukaj pomocy jak najszybciej.
Jeżeli masz kogoś bliskiego, kto wyciągnie do ciebie pomocną dłoń – to cudownie.
Jeżeli nie – idź do najbliższej poradni psychologicznej, do ośrodka pomocy społecznej a jeżeli wolisz to do pani w mięsnym lub księdza w kościele jeżeli wiesz, że są tam ludzie otwarci na twoje problemy.
I mów co czujesz, żeby już żadne dziecko nie musiało zginąć przez milczenie Twoje bądź osób, które widzą co się z Tobą dzieje i nie reagują.
Tak, masz prawo czuć się źle z utraconym idealnym porodem i macierzyństwem. Ale masz także prawo do pomocy.
A twoje dziecko ma prawo do życia…

Nie bądź obojętny!
Ostatni akapit kieruję do Ciebie – człowieku który widzisz, że w matce coś pęka…
Wyobraziłeś sobie co ona czuje?
Nie ważne ile masz w sobie empatii – reaguj!
Nie mów ‚to nie moja sprawa’, nie przywołuj do porządku ‚weź się w garść’.
Zadzwoń, idź do psychologa, on powie ci co powinieneś zrobić, jak się zachować.
Nie bądź obojętny!
Być może jakieś dziecko lub matka będą zawdzięczać ci życie…

5 lipca 2015

Dawno nie pisaliśmy co słychać u naszych Misiów.
Najstarsza Józia ćwiczy cały czas integrację sensoryczną. Niedługo jedziemy do ortopedy na kontrolę oraz zrobić prześwietlenie nóg. Zobaczymy co dzieję się z jej martwicą kości. Jest to bardzo ważne, gdyż nasza fizjoterapeutka musi wiedzieć jakie ćwiczenia wykonywać, aby nie doprowadzić do deformacji kości. Dodatkowo czekamy na kolejne wizyty odnośnie diagnozy zespołu Aspergera oraz wizyta u neurologa.

Majeranka także ma niedługo wizytę u neurologa ze względu na zaburzenia widzenia. Okulista nic nie znalazł, wysłał do neurologa. Zobaczymy co on powie. Z niewydolnością oddechowa w normie. Dziś miała badania cukru i tarczycowe – mam nadzieję na dobre wyniki  Bardzo boje się o tą jej narkozę do operacji…

Mały KaźMiś ostatnio jest zupełnie niezainteresowany rehabilitacją :/ Płacze strasznie, jedynie w Dzielnym Misiu u swojej cioci Ali ładnie ćwiczy. Jakiś czas temu zrobił duże postępy i znowu stanął w miejscu. Na wyniki EEG dalej czekamy… Nie miał żadnych większych ataków, jednak dwa razy szukałam szybko telefonu żeby nagrać drżenie i uciekające oczka. Neurologa mamy dopiero pod koniec lipca – oszaleję do tego czasu z niewiedzy co tam wyszło w EEG. Później jeszcze mamy USG główki. Natomiast w poradni neonatologicznej udało mi się przekonać Panią doktor, żeby dała nam jeszcze kilka tygodni zanim ostatecznie wyśle nas na kolejną transfuzję krwi. Miś powinien mieć ją już teraz, bo wyniki znowu wyszły złe, jednak zmieniliśmy lek i mam nadzieję, że ten już zadziała, szczególnie że dawka jest mała i synek nie ulewa tak dużo lekarstwa. Musi zadziałać bo neonatolog już nam więcej nie odpuści :/ Z hipofosfatemią bez zmian, przy kolejnej wizycie będziemy powtarzać badania. Niepokoi mnie jego zbierająca się wydzielina bo odsysam co rano pokaźne jej ilości, nie wiem z czego to wynika ale dwa dni były takie, że z samego rana trochę się przyduszał nie mogąc oddychać. Oczko ropieje dalej, choć dzięki masażom jest nieporównywalnie lepiej.
Tyle u nas. Mamy teraz trochę więcej czasu bo dziewczyny skończyły szkołę i przedszkole więc odpadają nam dojazdy.
Pozdrawiamy wszystkich którzy trzymają za nas kciuki!
Uściski.

7 lipca 2015

12 groszy Taty Kazika: Syn czy Córka?
Jest takie powodzenie, że każdy facet powinien wybudować dom, spłodzić syna i posadzić drzewo. Dla niektórych z nas Panowie, rzeczywiście jest to niesamowicie ważne, zwłaszcza spłodzenie syna – osobiście znam przypadek, że jeden Pan tak namiętnie próbował spłodzić syna, że po narodzinach czwartej córki żona powiedziała dość! Patrząc tak obiektywnie, to czy spłodzenie syna jest takie ważne?
Możecie powiedzieć, że łatwo Tobie wysnuwać takie sądy, bo masz syna. Wcale tak nie jest. Zawsze twierdziłem, że dla Mnie nie ma znaczenia czy będę miał syna czy córkę (moja żona jest mi światkiem). A żeby było ciekawiej to Kazik w pierwotnych założeniach miał być Hanią… Ale wracając do tematu, tak jak wspomniałem, dla Mnie to nie ma żadnego znaczenia, ponieważ zarówno córki jak i syna kocham równie mocno, bo to są nasze dzieci, nasze największe Skarby. Nic piękniejszego i bardziej wartościowego nie może spotkać faceta niż fakt posiadania dzieci i totalnie nie rozumiem, gdy ktoś całkowicie świadomie z nich rezygnuje. Ja wiem, że są sytuacje, że biologia nie pozwala i wtedy to jest zrozumiałe…ale REZYGNOWAĆ ŚWIADOMIE? To pozostaje dla mnie wielką zagadka.
Z życia… poprzedniej nocy Kazik zaczął nam się dusić, dzięki naszej interwencji (całe szczęście, że oboje znamy zasady udzielania pierwszej pomocy) i ratowników medycznych skończyło się tylko na kilku godzinnej wizycie na SOR-ze Szpitala Bielańskiego. Ale czy gdyby to spotkało którąś z naszych dziewczynek to miałbym zachować się inaczej, bo według jakiś głupich stereotypów syn jest znacznie cenniejszy od córki, bo jest przedłużeniem rodu? Nie, nie i jeszcze raz nie, bo tak samo jak Kazika ratowałbym Dziewczynki, tak samo nie liczyłaby się zarwana noc, wszelkie koszty i siły! A dlatego tak jest, bo je KOCHAM i są moimi dziećmi! Bez znaczenia czy chłopiec czy dziewczynka!
Inną sprawą jest to, że sprawdza się, że dziewczynki są córeczkami tatusia, a chłopczyk jest synusiem mamusi, ale to już jest temat na kolejne rozważania……
Tata Kazika

14 lipca 2015

12 groszy Taty Kazika: Piłeś, nie jedź.
W zeszłym tygodniu jadąc samochodem, w nocy z niedzieli na poniedziałek do Szpitala Bielańskiego po Kazika, byłem dwa razy zatrzymywany do tzw. rutynowej kontroli drogowej – sprawdzenie dokumentów kierowcy i pojazdu oraz przede wszystkim trzeźwości. Z rozmowy z kontrolującym policjantem wyszło, że w przeciągu 3 godzin prowadzenia akcji zatrzymali ośmiu nietrzeźwych kierowców i to na ulicy, która nie jest jakimś wielkim ciągiem komunikacyjnym. Po tym fakcie zapaliła mi się w głowie lampka, że tak naprawdę, w każdej chwili podczas jazdy samochodem może ustrzelić Cię „potencjalny pijany morderca” – nie bójmy się tego tak nazwać. To jest wniosek z wyrywka akcji prowadzonej w dużym mieście, średniej wielkości stolicy europejskiego kraju. Jeżeli takie rzeczy dzieją się w mieście, gdzie teoretycznie żyją ludzie bardziej świadomi, wyedukowani to strach pomyśleć o tym, co jest na prowincji. A dzieje się i jest to totalna masakra – pijani rowerzyści, traktorzyści, kombajniści i oczywiście piesi zapełniają jedyne asfaltowe drogi swoich wsi. Wiem co mówię, bo dosyć dobrze znam polską wieś. Dzieje się tak, gdyż nadal w naszym społeczeństwie istnieje duże przyzwolenie (na szczęście coraz mniejsze) na takie zachowanie. Jeżeli do naszych polskich zakutych głów nie dotrze zasada, że skoro piłem to nie jadę, to sami się z czasem wybijemy, gdyż co roku na drogach jest tyle ofiar, że z mapy znika małe miasteczko. Bo mając „po pijaku”, zdarzenie drogowe, pół biedy jest wtedy, gdy uszkodzeniu ulegają pojazdy, gorzej gdy są ranni lub zabici… bo być może będąc trzeźwym za kółkiem udałoby się uniknąć całego tragicznego zdarzenia. Więc włączmy myślenie i to nie tylko za kierownicą.
Tata Kazika

20 lipca 2015

Uff… Za nami pierwszy długi wyjazd samochodem z małym Misiem. Co prawda jechaliśmy już w kwietniu z dziećmi nad morze, jednak wtedy jako środek transportu wybraliśmy Pendolino, które w Warszawy do Trójmiasta jedzie nieco ponad 3 godziny i nie trzeba robić obowiązkowych przystanków na ‚jeść, pić i siusiu”.

Wyższa szkoła jazdy.
Tym razem z racji kierunku podróży i ograniczeń czasowych byliśmy zmuszenia jechać samochodem. Wiedziałam, że dziewczyny są przyzwyczajone do podróżowania autem na długie dystanse, baliśmy się jedynie o Kazika. Powody były dwa, raz że Miś w ogóle nie lubi jeździć daleko autem, dwa że niedawno miał duży atak duszności, po którym mamy znowu w domu koncentrator tlenu, który można szybko włączyć w razie problemów z oddychaniem. Koncentrator jest wielkim pudłem stojącym w naszej kuchni i absolutnie urządzeniem stacjonarnym, a przenośnego niestety nie mamy :/ Próbowaliśmy szybko zorganizować cokolwiek, jednak w ciągu doby znalezienie przenośnego urządzenia nam się nie udało.
Nie było innego wyjścia jak ustalić wszystkie szpitale i przychodnie na trasie Warszawa – Olsztyn, gdzie w razie konieczności mogliśmy podjechać i szybko podłączyć Misia pod tlen. Gdyby nie chodziło o pogrzeb mojego ukochanego Dziadka, w życiu bym się nie zdecydowała jechać w tej sytuacji z dzieckiem w trasę.

Huston, mamy problem.
Problemy zaczęły się już przy wsiadaniu. Kazik jeździ cały czas w foteliku – nosidełku, takim od 0 kg. Niestety, robi się on już na Niego za mały, nogi wystają i obija się nimi o fotel. Próbowaliśmy więc wsadzić Go do dużego fotelika samochodowego ale takiego z odchylanym siedzeniem, mamy w domu takie dwa. Dziecko nie jedzie na siedząco, ale jest prawie na półleżąco, sprawdza się to w sytuacji kiedy zaśnie. Okazało się jednak, że Kazik jest zbyt wiotki na takie foteliki, chociaż wagą i wzrostem są one dla niego dobre. Miś po prostu przelewał się przez zapięte pasy bezpieczeństwa, nawet w tym, który odchyla się dosyć mocno i jest dostosowany do zamontowania tyłem do kierunku jazdy. Zapakowaliśmy więc dzieciaka z powrotem do kołyski samochodowej i postanowiliśmy pomyśleć w poniedziałek co z tym fantem zrobić… Jeżeli macie jakieś pomysły w tej kwestii dajcie znać.

I ruszamy.
Podróż do samego Olsztyna przebiegła całkiem spokojnie. W drodze mieliśmy dwa epizody kazikowego kaszlu, w tym jeden, którym się przeraziłam. Miś zaczął trochę płakać i saturacja poszła w dół. Zatrzymaliśmy się na awaryjnych, wyjęłam go szybko i po chwili wszystko wróciło do normy.
Sam wyjazd zniósł całkiem dobrze. Kolejny raz przekonaliśmy się, że czym dalej na północ, tym Kazik oddycha lepiej a wydzieliny jest jakby mniej.
Drogę powrotną także rozłożyliśmy na dwie raty, zatrzymaliśmy się u rodziny w Nidzicy, dzieciaki odpoczęły i do domu dojechaliśmy bez problemów.
Przenośny koncentrator tlenu to jednak konieczność.
Podsumowując ten wyjazd, gdyby nie okoliczności mogłabym powiedzieć, że był naprawdę udany. Przekonaliśmy się, że na turnus nad morzem spokojnie damy radę dojechać autem jeżeli tylko rozłożymy dojazd na raty. Dwa, wiemy już że mamy problem z fotelikiem i musimy szybko coś z tym zrobić bo Miś jest coraz dłuższy i zaraz będzie problem z przewożeniem Go nie tylko na długie trasy ale też na rehabilitację czy do lekarza. A po trzecie, pomimo tego że Kazik spisał się rewelacyjnie to bez przenośnego koncentratora tlenu raczej nie będziemy już ryzykować dłuższych podróży. Niestety, taki przenośny sprzęt to koszt od 4,5 tyś do nawet 19 tyś. Sporo :/

21 lipca 2015

12 groszy Taty Kazika: Momento Mori.
Śmierć przychodzi zazwyczaj niespodziewanie, w najmniej oczekiwanym momencie i zabiera osoby dla nas najcenniejsze. Generalnie od zawsze ludzie bali się śmierci. Może z tego powodu, że tak naprawdę nikt nie wie co jest po niej. Czy po ustaniu wszystkich funkcji życiowych, następuje całkowity koniec naszego żywota, czy też jak obiecują nam różne religie, kończymy tylko ziemski etap życia i rozpoczynamy to lepsze, duchowe życie… tego nie wiemy, ale każdy ma prawo wierzyć w to co chce. Nikt nie posiada monopolu na prawdę oraz na to w co mamy wierzyć. Czy ja boję się Śmierci? Tak, boję się, ale nie ze względu na to co po Niej następuję, ale z tej przyczyny, że zbyt szybko mogę odejść zostawiając moją ukochaną rodzinę. Boję się, że nie będę mógł wystarczająco długo chronić, bronić jej przed zagrożeniami tego świata. Poza tym chcę jak najdłużej patrzeć jak dorastają nasze dzieci, jak sobie radzą i układają życie. Chcę też mieć czas, aby móc go poświęcić wyłącznie dla siebie i mojej żony, gdyż mam odczucie, że przy tym całym codziennym ganianiu, opiece nad dziećmi, trochę zaniedbujemy własne potrzeby. W zeszłym tygodniu pożegnaliśmy dziadka Michała, Kostucha postanowiła po niego przyjść. Co za ironia losu, niedawno cieszyliśmy się z pojawienia się w naszej rodzinie cudownego nowego życia (narodziny Kazika), ale przyroda nie znosi pustki i bilans musi wyjść na zero i teraz musieliśmy pożegnać dojrzałe życie (dziadka Michała). W całej tej sytuacji nasuwa mi się jeden wniosek, umarłych pamiętajmy takich jakimi byli za życia…i czcijmy pamięć o nich.

22 lipca 2015

Wiem, wiem… blogi parentingowe bez cudownych sesji z pięknie ubranymi dzieciaczkami raczej nie mają szans przetrwać w blogosferze.
Ja jednak zaryzykuję 😉
Ten blog powstał jako:
raz – żebroblog, gdzie mogę pokazać jak wygląda droga do większej sprawności Misia, żeby osoby dzięki którym możemy zbierać pieniądze na jego kosztowną rehabilitację widziały jak bardzo mu pomogły. Dziękujemy! :*
dwa – bo sama ze sobą nie radziłam sobie z emocjami które towarzyszą każdej mamie wcześniaka czy chorego dziecka, a ileż można żalić się znajomym?
Teraz wiem, że chciałabym aby ten blog niósł jeszcze jedno przesłanie, żeby był bazą wiedzy – tej teoretycznej ale i praktycznej, zdobytej przez nas w boju. Żeby można było podnieść na duchu chociaż jedną mamę czy tatę niepełnosprawnego dziecka czy też maluszka przedwcześnie urodzonego, bo chociaż dalej zmagamy się z wieloma chorobami, to wiemy już jakie kroki należy uczynić żeby pomóc dziecku.
A także, chciałabym Wam pokazać jak wielkie cuda może zdziałać zwykły, pełen miłości masaż Shantala.

Stałam nad inkubatorami trzy razy. Trzy razy byłam bezradna i oszołomiona sytuacją, tak, do pewnych rzeczy człowiek się nie przyzwyczaja… I trzy razy udało mi się przejść te trudną i bolesną drogę więc wiem, jak potrafi być ciężko.
Dlatego też mam nadzieję, że wybaczycie nam braki sesjowo/ciuchowo/gadżetowe i przyjmiecie naszą propozycję 😉
Chciałabym aby co jakiś czas powstał jeden wpis odnośnie wcześniactwa, sprzętu, aparatury, rehabilitacji, pielęgnacji neurorozwojowej, tego gdzie szukać pomocy a także masażu Shantala, tego dlaczego jest to tak dobre zarówno dla dziecka jak i rodziców. Będą też wywiady 🙂
HOT or NOT ? 😉

23 lipca 2015

Moi Drodzy, spieszę poinformować, że na przełomie lipca i sierpnia będę miała przyjemność poprowadzić warsztaty z masażu Shantala na Esterka Village Festival 2015 w Gospodarstwie Esterka.
Kto ma blisko i pisze się na naukę?
Tegoroczny Esterka Village Festival odbędzie się w dniach 31 lipca – 2 sierpnia w Nowym Kawęczynie.
”Esterka Village Festival PO RAZ DRUGI !!! Zapraszamy do naszej przestrzeni wszystkich przyjaciół, znajomych i nieznajomych. Zachęcamy do udziału i współtworzenia! Spotkajmy się na EVF, cieszmy się naturą i kulturą, towarzystwem i czasem dla siebie! ”
ZAPRASZAM SERDECZNIE !

23 lipca 2015

Baza wiedzy odc. 1
Co to jest tlenoterapia?
Tlenoterapia to metoda leczenia pacjentów w przypadku niewydolności oddechowej. Ma za zadanie zwiększenie stężenia tlenu w pęcherzykach płucnych, co w konsekwencji poprzez nasycenie hemoglobiny tlenem i jego dostarczenie do tkanek, ma zapobiec następstwom wynikającym z niedotlenienia organizmu.
Czyli mówiąc prosto, tlenoterapia to inaczej leczenie tlenem. Tę metodę stosuje się u osób cierpiących na zaburzenia oddychania, w momencie kiedy organizm otrzymuje niewystarczającą ilość tlenu w sposób naturalny.

Najczęściej stosuje się ją przy:
dysplazji oskrzelowo – płucnej
mukowiscydozie
niedorozwiniętych płucach u noworodka
niewydolności serca
rozstrzeniu oskrzeli
zwłóknieniu płuc
zapaleniu płuc
astmie
przewlekłej obturacyjnej chorobie płuc (POCHP)

A może w domu?
Tlenoterapia domowa czyli DLT – domowe leczenie tlenem to alternatywa dla przebywania w szpitalu. Niewątpliwą zaletą DLT w przypadku dzieci jak i dorosłych jest możliwość leczenia w przyjaznym otoczeniu, wśród rodziny.
Często zdarza się, że najmniejsze wcześniaki przy wypisie ze szpitala potrzebują jeszcze przez jakiś czas wspomagania tlenem. W tej sytuacji rodzice dostają do domu urządzenie, dzięki któremu tlenozależne dziecko może być wspomagane w oddychaniu we własnym bezpiecznym domu.

Koncentrator tlenu.
W warunkach domowych używa się tzw. koncentratory tlenowe, czyli urządzenia elektryczne które zagęszczają tlen z powietrza. Mogą to być maszyny stacjonarne lub przenośne.
Koncentrator pobiera powietrze z otoczenia, spręża je, a następnie przepuszcza przez specjalne sita, które oddzielają tlen od azotu. Następnie ten azot wraca z powrotem do otoczenia, a tlen osobnym wyjściem – zostaje przetransportowany do pacjenta i służy do oddychania. Oddychanie odbywa się za pomocą maski lub kaniuli nosowej zwanej potocznie wąsami.
Metody podania tlenu są dwie: można założyć maskę tlenową lub wąsy tlenowe. Nasz Kazik zdecydowanie woli maseczkę chociaż mnie osobiście wydaje się, że wąsy są lepsze i wygodniejsze, nie zasłaniają świata, mają długi kabelek. Przy tlenoterapii stałej a nie doraźnej spotkałam się jednak z używaniem praktycznie wyłącznie wąsów ze względu chociażby na możliwość swobodnego karmienia dziecka.
Nauka obsługi koncentratora tlenu jest bardzo szybka i prosta. W naszym wypadku należy włączyć urządzenie – w tym momencie zapali się zielone światło. Następnie czekamy jeszcze jakiś czas aby kolejny czujnik także zapalił się zielonym światłem. Do zbiornika nalewamy wody destylowanej (tylko i wyłącznie!). Kolejny krok to podłączenie do butli z wodą destylowaną kabla od maseczki/wąsów, które następnie zakładamy dziecku. Przepływ tlenu jest właściwie cały czas ustawiony tak samo, staramy się zawsze aby podawać jak najmniejszą możliwą ilość tlenu.

Jak zakwalifikować się do tlenoterapii domowej?
W przypadku dziecka wychodzącego z oddziału do domu z tlenem sprawa wygląda tak, że urządzenie wypożyczane jest ze szpitala lub z hospicjum (jeżeli dziecko jest pod jego opieką).
Dzieci, które z powodu choroby muszą w pewnym momencie korzystać z tlenu w domu, przeważnie dostają na nie skierowanie z oddziału pulmonologii lub innego oddziału gdzie je leczono, a wtedy o zakwalifikowaniu do tlenoterapii w warunkach domowych decyduje lekarz specjalista.
W każdym wypadku rodzice zostają dokładnie przeszkoleni. Lekarz zapisuje informacje o czasie podawania tlenu, są dzieci które wymagają podania tlenu wyłącznie w określonych sytuacjach np. podczas karmienia. Ważną informacja jest także ilości tlenu jaką należy podawać oraz stopień nawilżenia.

Nie jest tak źle 🙂
Tak naprawdę dziecko na tlenie w domu a nie w szpitalu to dobre rozwiązanie dla każdego. Rodzice mogą tulić swoje maleństwa, mieć je przy sobie. Dziecko z kolei dużo lepiej czuje się i rozwija będą u siebie w domu niż w szpitalu, ważne jest także potencjalnie mniejsze prawdopodobieństwo zachorowania na ‚szpitalne’ choroby.
Chociaż obsługa koncentratora może wydawać się trudna i wiele rodziców początkowo przeraża myśl o leczeniu dziecka tą metoda w domu, zapewniam że jest to do opanowania.
Jeżeli cokolwiek napisałam niedokładnie, jeżeli ktokolwiek czuje niedosyt lub ma dodatkowe pytania – dzwońcie, piszcie – doprecyzuje. Moje dane kontaktowe znajdziecie na stronie głównej bloga.

25 lipca 2015

W życiu piękne są tylko chwile…
Tak refleksja na weekend…
Dziś na pewnej grupie pisałyśmy z pewną osobą na ten sam temat czyli choroby naszych dzieci.
Sytuacja identyczna, leki dokładnie takie same (z tym że cała moja trójka je dostaje) a użyte słowa … diametralnie różne!
Każda z nas boi się o zdrowie i życie swoich dzieci zapewne tak samo, ale ja staram się pogodzić z tym jak musimy żyć, z ograniczeniami wynikającymi z chorób czy niepełnosprawności dzieci. Robię kursy jeżeli tylko mogę, próbuje coś robić żeby chociaż troszeczkę pomóc innym rodzicom w takiej sytuacji, próbuje żyć jak najlepiej możemy!
Fakt, są momenty totalnego załamania, sytuacje w których panikuję i mam wszystkiego dość ale nie patrzę na nasze funkcjonowanie w kategoriach koszmaru, końca normalnego życia czy absolutnej tragedii. Staram się nie mieć pretensji do świata że akurat nas to spotkało i przede wszystkim nie chcę straszyć innych osób makabrycznymi opisami naszej walki o życie Kazika, kiedy przestaje oddychać.
I coraz wyraźniej widzę jak ogromnie ważna jest pomoc psychologiczna czy psychiatryczna dla rodziców wcześniaków, dzieci niepełnosprawnych czy przewlekle chorych! Jak ważne jest nie tylko zajęcie się tymi rodzinami z medycznego punktu widzenia ale i wsparcie ich w przeżyciu traumy, pomoc im kiedy są w totalnym dołku psychicznym, kiedy wydaje im się, że życie nie ma już sensu…
Proszę ponownie, jeżeli znacie osobę u której widzicie, że sobie nie radzi zupełnie ze swoimi emocjami podpowiedzcie jej, gdzie można szukać pomocy. Znajdźcie numer telefonu zaufania, najbliższą poradnię psychologiczną czy telefon do psychologa lub grupę wsparcia. Nie narzucajcie się, zaproponujcie. A w naprawdę krytycznych sytuacjach nie bójcie się rozmawiać z rodziną tej osoby. Być może uratujecie jej życie…

28 lipca 2015

12 groszy Taty Kazika: Synek mamusi, Córeczka tatusia 😉
Od jakiegoś czasu chodzi mi po głowie taka myśl, że stwierdzenie prawdziwy facet  musi spłodzić syna jest trochę na wyrost. Dlaczego tak uważam? Zauważcie, że gdy wymarzony syn zaczyna dorastać, to nadal trzyma się maminej spódnicy. Z drugiej strony córka trzyma się spodni Taty. I tak o to dochodzimy do sedna, że synek jest mamusi a córeczka tatusia. I tak było, jest i będzie. Bo dla synków mama jest wzorem kobiety (ile to mama razy słyszała lub usłyszy: jak dorosnę to się z Tobą ożenię!) a dla córeczek tata jest wzorem mężczyzny (ja już słyszałem, że jestem mężem córki 🙂 ) Więc wniosek jest taki, nie starajmy się na siłę tego zmieniać, bo takie są odwieczne prawa natury i ja już pogodziłem się z tym, że Kazik będzie za mamą, a dziewczynki za mną. I drodzy Panowie, nie załamujcie się, bo pomimo tego, wasz syn pod okiem mamy stanie się prawdziwym mężczyzną. A Wy pamiętajcie, aby być dobrym wzorcem faceta dla waszej córki, bo to od Was dużej mierze zależy jakich partnerów wybiorą sobie Wasze córki!

29 lipca 2015

Wieści, wieści.
Jak wiecie ostatnie dwa dni były bardzo intensywne – odwiedziliśmy lekarzy, robiliśmy jedne badania i odbieraliśmy wyniki innych badań. Trochę stresu było ufff. Ale po kolei.

Poniedziałek.
Z samego rana mały Miś miał wizytę w poradni neonatologicznej. Jak co miesiąc musieliśmy powtórzyć morfologię i badania na zaburzoną gospodarkę fosforowo – wapniową (hipofosfatemia).
To niezbyt miłe wizyty, gdyż KaźMiś ma mnóstwo zrostów na rączkach i nóżkach i bardzo trudno mu pobrać krew. Jest dużo płaczu i nerwów. Tym razem na szczęście poszło całkiem sprawnie.
Podczas badania pani neonatolog sprawdzała ciemiączko, które praktycznie już zarosło. I tu podzieliliśmy się z nią swoimi obawami o możliwość wykonania zleconego Kazikowi badania USG główki. Na to bardzo ważne badanie w szpitalu na Niekłańskiej czas oczekiwania to ok. 5 miesięcy, byliśmy zapisani dopiero na koniec sierpnia. Po prostu nie było szans na to, aby za miesiąc wykonać to badanie przezciemiączkowo! Dzwoniliśmy na oddział, mówiliśmy jaka jest sytuacja, prosiliśmy… na nic. Nie ma miejsc i koniec. Nasza pani doktor postanowiła nam w takim razie zdublować skierowanie i wysłała nas na parter szpitala Bielańskiego. Podeszliśmy do rejestracji, poprosiliśmy o zapisanie nas na najbliższy termin i usłyszeliśmy ”A to mogą państwo nawet teraz zrobić, jest miejsce” i w ciągu 5 minut byliśmy w gabinecie!
Pani robiąca USG uprzedziła, że ciemiączko jest bardzo małe i widzi na monitorze tylko niewielki obszar i Misiowi należy się bezwzględnie za jakiś czas wykonanie tomografii główki jednak to, co zobaczyliśmy teraz jest powiedzmy optymistycznym obrazem.
Na koniec dnia pojechaliśmy jeszcze do pracowni RTG na prześwietlenie stóp i bioder najstarszej Józi. Martwicę kości i dysplazję stawów stwierdzono u niej ok 5 roku życia i od tamtej pory nosi wkładki oraz buty ortopedyczne ale poprawy brak :/ Musieliśmy sprawdzić jakie ćwiczenia może wykonywać z nią rehabilitantka, aby nie doszło niechcący do deformacji kości.

Wtorek.
Koleiny dzień zaczęliśmy od wizyty u pani neurolog. Stresowaliśmy się tą wizytą okropnie bo mieliśmy także dostać wtedy wyniki badania EEG, które robiliśmy miesiąc wcześniej.
Coś tam jest niesymetrycznie (w ogóle nie zrozumiałam co ) jeżeli chodzi o zapis ale mamy się tym nie przejmować, bo jest w granicach szerokiej normy. Neurologicznie także Miś jest całkiem niezły w porównaniu z tym co było wcześniej, to zasługa tego, że ostatnio tak piękne postępy zrobił.
Zadzwoniliśmy także po wyniki Kazika. Żelazo bardzo się poprawiło po zmianie leku na inny, niedobór wit D jest już minimalny, tak samo jak zaburzenia gospodarki fosforowo – wapniowej a to oznacza kochani, że odeszło widmo kolejnej transfuzji krwi! Jestem przeszczęśliwa bo bardzo nie chciałam oglądać kolejny raz swojego syna w roli wampirka.

Czarne chmury…
Niestety, limit cudów przysługujący naszym dzieciom się wyczerpał.
Tego samego dnia odebraliśmy wyniki Józi. I tu sprawa wygląda mało optymistycznie. Do stwierdzonej jałowej martwicy guza kości piętowej czyli choroby Haglunda-Severa doszła kolejna martwica, tym razem jałowa martwica głowy kości udowej zwana chorobą Legga-Calvégo-Perthesa. Jest to najcięższa z postaci jałowych martwic.
Dlaczego się martwię? Bo od małego mówiono nam, że choroba Perthesa nie jest dziedziczna, że nie mam się o co martwić – mówiono tak za każdym razem, kiedy zwracałam uwagę, że biologiczny ojciec Józi miał bardzo ciężki przebieg tej choroby, jako 6 letnie dziecko leżał rok w gipsie, od pach po same końce stóp, biodro pokruszyło mu się zupełnie, konieczna więc była operacja. Martwię się, że w połączeniu z moją chorobą Scheuermanna czyli martwicą kości ulokowaną w kręgosłupie może to dać piorunujący efekt u Józi.
Co jest najbardziej uciążliwe w chorobie Perthesa? Samo leczenie niestety…
Podstawą leczenia jest leżenie w łóżku z bezwzględnym zakazem chodzenia, stawania i klękania. Ten okres leczenia trwa od 6-12 miesięcy
Często – w początkowym okresie leczenia – istnieje konieczność zastosowania wyciągu za chorą kończynę. Odbywa się to podczas pobytu w szpitalu.
W dalszym okresie leczenia stosuje się specjalne gipsy lub aparaty ortopedyczne odciążające chore biodro (przez okres około 2 lat)
Pomoc rodziny, nauczycieli, a czasem psychologa może być konieczna, aby pomóc dziecku zaakceptować te wyjątkowo uciążliwe zalecenia
Co dalej? Zobaczymy. Niedługo mamy wizytę u ortopedy, zapewne będziemy wiedzieli jakie kroki podejmujemy w przypadku Józi.

30 lipca 2015

Baza wiedzy odc. 2
PORADNIA NEONATOLOGICZNA
Poradnie neonatologiczne prowadzą specjalistyczne leczenie ambulatoryjne wcześniaków i noworodków z problemami okresu okołoporodowego lub koordynują specjalistyczne wizyty dziecka.
Zajmują się opieką i oceną rozwoju dziecka w wieku 0-1 lat z ryzyka okołoporodowego oraz opieką nad dzieckiem 0-3 lata z takimi rozpoznaniami jak np:
– stanem noworodka spowodowanym czynnikami matczynymi, powikłaniami ciąży i porodu
– hipotrofia oraz hipertrofia płodu
– skrajne wcześniactwo
– wcześniactwo z chorobami towarzyszącymi
– stanami dotyczącymi powłok skórnych i termoregulacji noworodka
– zamartwica urodzeniowa
– zespół zaburzeń oddychania noworodka
– dysplazja oskrzelowo-płucna
– śródczaszkowy krwotok u płodu i noworodka
– zaburzeniami krwotocznymi i hematologicznymi noworodka
– hiperbilirubinemia okresu noworodkowego
– martwicze zapalenie jelit
– okołoporodowa perforacja jelit
– choroby układu moczowego
– przemijającymi zaburzeniami wewnątrzwydzielniczymi i przemianą materii noworodka
– zaburzenia mózgowe noworodka
– drożny przewód tętniczy
– mnogie wrodzone wady rozwojowe
Oprócz tego w poradni neonatologicznej wykonuje się rutynowe bilanse dziecka, szczepienia, pobiera krew na badania przesiewowe, wykonuje badania USG.

 

Share Tweet Pin It +1

Zobacz Również

1 % dla Kazika

Dodano Styczeń 6, 2018

Poprzedni Wpisespresso z Małgorzatą Żebrowską
Następny Wpisespresso z Anną Kowalczyk - Boską Matką
  1. Kaaaaaaaaaawy ! | matka kofeina
    1 rok temu

    […] czytaj dalej: http://www.martaspyrczak.pl/rodzicielstwo KLIK […]

  2. Rehab | matka kofeina
    1 rok temu

    […] czytaj dalej: http://www.martaspyrczak.pl KLIK […]